sobota, 30 kwietnia 2011

KLUCZE [4]

Kolejna część.

Oczywiście z dopiskiem: dla wszystkich czytelników +18 lat

KLUCZE IV

Każdy chciał wiedzieć gdzie był i dlaczego tak nagle poprosił o urlop. Nie powiedział nic. Nie chciał w ogóle o tym rozmawiać. Unikał wszystkiego co nie było związane z pracą. Pustka mieszkania, chłód szpitalnych korytarzy, gabinet za szklanymi drzwiami, rozkazujący ton dyrektorki, Wilson, który sam nie wiedział czego chce… Nagle poczuł się samotny. Wszystko było obce i puste. Wycofał się. Nie spodziewał się, że właśnie tak zareaguje, że stanie się milczący i będzie wymuszał z siebie zdania, kiedy naprawdę będzie to konieczne. Najdziwniejsze było jednak to, że to co uważał do tej pory za niekwestionowaną zdobycz, stało się nic nie znaczącą częścią jego dotychczasowego życia. Przestał robić tyle rzeczy… Przede wszystkim grać: na fortepianie i cudzych nerwach. Przestał prowadzić szpitalne wojny. Znajdował siebie w najmniej pożądanych miejscach: szpitalnej klinice, przy pacjentach… Miał wrażenie, że życie zwolniło. A mimo to, październik – dzielący wrzesień od listopada, był najintensywniejszym miesiącem jego życia.

Nie pozwoliła na to, żeby się z nią kochał. Wciąż się wtulała w niego kurczowo trzymając się każdego guzika błękitnej koszuli. Pozwalał na to czując, że jest jej to winien dzięki kolejnym – 31 dniom emocjonalnego kołowrotka, który jej zafundował swoim milczeniem. Dziwnie. Wystarczyło, że była obok. Nie musiał jej posiadać. Błądził ustami po jej twarzy i wplatał dłonie w jej włosy. Dotykał ją. Wciąż ją dotykał. Jakby chciał po raz kolejny przekonać się, że jest znów obok niej, że rzeczywistość nie została zakrzywiona podczas snu i nie projektuje martwych obrazów. Jedynej rzeczy na świecie wciąż chciał być pewien – że świat obok niej jest taki sam, że pachnie spokojem, którego dawno nie miał. Czasami trzeba wylecieć z drogi na wirażu życia, żeby zrozumieć, że gra w życiu toczy się o rzeczy, które do niedawna nie miały prawa zaistnieć w jego życiorysie.
Godzi się na intymność, która zawiera się w prostocie zwykłego dotyku. Opuszkami palców rysuje każde wgłębienie jej ciała. Zna je prawie na pamięć, ale nie może przestać tego robić. Coś go przygnało w jej stronę i usiłuje to zrozumieć. Wie, że nie ona śpi, choć zastała ich głęboka noc. Czuje jej łaskoczące rzęsy na swoich policzkach. Jest tak blisko, że owa bliskość z jednej strony przeraża, a z drugiej cieszy. Przeraża, bo nigdy nie pozwolił na taką bliskość, która nie zawiera się tylko w fizyczności, ale jest bliskością natury emocjonalnej i duchowej. Cieszy – bo jej ramiona okazały się odnalezionym domem, którego tak długo szukał…
Nie musi się ukrywać i bać. Nie musi przy niej udawać kogoś kim nie jest. Może być sobą. W każdym calu.
– Nie sądziłem… – Słyszy jego szept w samym środku swojego ucha i zamiera. Cisza przeciąga się do dwóch wieków zanim nie słyszy końcówki rozpoczętego przez niego zdania wraz z jego dłonią, która wędruje po jej twarzy – …że to wystarczy. Tak wystarczy.

Starała się nie myśleć o tym co on zrobi, albo czego nie zrobi. Pozwoliła mu poczuć kim tak naprawdę może być w relacji z nią, kiedy w końcu przestanie uciekać i pokaże prawdziwą twarz. Pokazała mu istnienie innego świata – od zwykłej, ludzkiej bliskości, aż do poznania piękna innego skrawka ziemi, która go przyjęła i zaakceptowała.
Zajęła się pracą. Poleciała do Francji, zdobyła nowy kontrakt i nauczyła się w końcu piec czekoladowe brioche. Od momentu, kiedy po raz pierwszy spróbowała tego ciasta – zawsze chciała nauczyć się je robić. Skorzystała z zaproszenia przyjaciółki i postanowiła wyjechać na kilka tygodni do miejsca, które od pierwszej chwili ją urzekło i gdzie mogłaby spędzić resztę życia. Październik przyniósł ze sobą cudowną jesień. W Stanach nigdy takiej nie widziała, a Francja przywitała ją wachlarzem kolorów. Spacerowała pomiędzy rzędami cudownych winorośli pomagając przygotować je do sezonu zimowego. Przyglądała się jak powstaje wino i jak wiele miłości jej przyjaciółka wkłada w każdą winorośl, która została zebrana do koszy. Nigdy nie myślała, że sprawi jej to mnóstwo radości i wyciszy potargane jego przyjazdem emocje.


Właśnie to chciała usłyszeć. Że nie chodzi o całą fizyczną sprawę, że chodzi o coś więcej. O specyficzną bliskość dusz, która pozwalała rozumieć się wzajemnie i doświadczać w szerszym wymiarze – nie tylko cielesnym. Mimo to pozwala się wyswobodzić z ubrań i robi to samo. Czuje jego nagość obok swojej i znów pragnie poczuć jego bliskość. Wycisza go. Pozwala na drobne gesty, delikatny dotyk. Cieszy się jak dziecko, kiedy widzi, że ją rozumie i akceptuje jej warunki. Jego ramiona są mocne, a palce delikatne. Jego usta spontaniczne, ale nie przekraczają granic. Czułość i delikatność unosi się w powietrzu, które pachnie jaśminem i mandragorą.
Ta bliskość sprawia, że czuje się bezpieczna i spokojna.
Spełnienie fizyczne przynosi dopiero poranek. Jest gwałtowne. Oboje balansują na cienkiej granicy pomiędzy spełnieniem, pożądaniem, a miłością, która nie pozwala im zrobić sobie krzywdy. Nie toczą wojny i nie chcą się nawzajem zdominować, ale pozwalają namiętności zapanować nad sobą. Ona widzi, że on ufnie bierze na siebie jej gwałtowność, a on po raz kolejny doświadcza, że w jej gwałtowności nie chodzi o to, by go zdominować i zniszczyć.

Paradoks. Kiedy coś się zbliżało uciekał w samotność. To właśnie ona była bezpiecznym portem nie pozwalającym nikomu na zbliżenie się do niego i zadaniu kolejnych ran, których jego pokaleczona dusza nie umiałaby ponownie znieść. Teraz samotność stała się jego osobistym wrogiem, który kpił z niego i uderzał prosto w serce. Myślał. Wciąż myślał. Wyliczał, przekładał szale kładąc na nie całą mądrość i rozsądek jaki posiadał. Samotność śmiała się z niego w twarz. Przez pierwszy tydzień tęsknił. Za jej ramionami i ciepłem. Przez drugi tydzień czuł się upokorzony i zdradzony przez siebie samego. Trzeci tydzień uświadomił mu, że właściwie tak naprawdę chciałby, żeby była gdzieś obok. Trzeci tydzień przyniósł też odkrycie, że przez te wszystkie lata dzielone z nią w diagnostyce była mu bliższa niż ktokolwiek inny wcześniej: rozumiała go i chroniła przed samym sobą. Wiedział o tym już wtedy, ale nie umiał się przyznać sam przed sobą, bo oznaczałoby to odsłonięcie się przed nią, okazanie swojej bezbronności i pozwolenie jej na zaistnienie w swoim życiu. Wtedy nie był gotowy.
Pół czwartego tygodnia zastanawiał się nad tym czy jest gotowy, żeby w okolicach piątku bezradnie przyznać się przed sobą, że ona jest TĄ, która dopełniła jego samego i sprawiła, że poza nią nigdzie nie czuł się dobrze ani bezpiecznie.


Zaledwie wczoraj wrócili nocnym samolotem z Paryża, po którym próbowała go oprowadzić bez względu na listopadową pełną deszczu i wiatru pogodę. Siedzi oparta o jego pierś poddając się jego ramionom. Pozwala na to szeroki parapet, który specjalnie kazała zamontować wieki temu. Wpatrują się w krajobraz za londyńskim oknem. Niedzielny poranek nie był dla nich łaskawy. Znów padał deszcz, którym wiatr zacinał o ich szyby. Obok nich stoją dwa kubki – mocna kawa, która pozwala doprowadzić się do porządku. Cisza pomaga im obojgu pozbierać myśli.
– Pomożesz mi zamknąć sprawy za oceanem? – pyta cichutko.
Wie, że dla niej powrót do Jersey to zmierzenie się z samą sobą.
– Pomogę. – Słyszy jej pewną odpowiedź. Jest zdziwiony. – No co? – Uśmiecha się do niego. – Nie tylko ty mierzyłeś się ze sobą. Jestem gotowa tam wrócić.
– Chcesz tego? – Mała wątpliwość sączy się z jego ust.
– Na stałe? Nie. Świat jest zbyt piękny, żeby ograniczyć go do miejsca, które nie potrafi dać, a tylko odbiera. Wszystko odbiera. Szczególnie to, co najcenniejsze.
Zanurzył twarz w jej włosach przytulając mocniej do siebie.
– Myślę, że każdy zakątek świata może stać się moim domem. – Mruczy pod nosem. – O ile będziesz tam ze mną.
Odwraca się do niego i kładzie dłoń na jego policzku. Widzi, że jest lekko spięty. Takie wyznanie z jego ust jest pokonaniem wielu kamieni milowych.
– Będę. – Odpowiada wzruszona. – Zawsze będę.

Zadzwonił po 30 dniach od wylotu. Potrzebował tych dni, żeby zobaczyć, że naprawdę nadszedł czas na zmiany i że pozostanie w Jersey groziło katastrofą nie tylko dla niego. Napisał prośbę o zwolnienie, pożegnał się ze starym teamem i – wprawiając ich w konsternację – obdarował drobiazgami. Puścił mimo uszu komentarze i nie odpowiedział na ani jedno pytanie poza jednym: kiedy Chase zapytał czy ją znalazł i jedzie do niej – przytaknął. Potem poszedł do Wilsona. Chciał załatwić wszystkie sprawy, żeby pozostawić pomiędzy nimi wolną przestrzeń. Rozmowa była długa i kosztowała obu mnóstwo trudnych emocji. Wilson dowiedział się, że musi pozwolić swojemu życiu toczyć się dalej, a House – że jest dupkiem. Co w sumie było odwieczną prawdą.

Jego kark jest bardzo wrażliwy.
Delikatnie drapie go gdzieś w pobliżu potylicy i uśmiecha się słysząc jego błogie pomruki. Potem pochyla się i całuje go w to miejsce pomiędzy karkiem, a linią włosów. Dłonią rysuje długą linię kręgosłupa i przyprawia o kolejną dawkę dreszczy.
Dlaczego uciekał od dotyku? Przecież jest tak fascynujący. Sprawia, że czuje się ochroniony i zaakceptowany. Miał niespełna 11 lat jak świadomie zaczął unikać jakichkolwiek czułości, które uznał za kłamliwe. Teraz bardzo chce, by jej dłonie ogarniały go. Jak bardzo tęskni za kolejnymi śladami jej rąk pozostawianymi na jego ciele. Chowa głowę w ramionach i oddaje jej siebie samego. Swoją bezbronność i resztki lęku, o którym nie da się zapomnieć nawet teraz, kiedy jest ona.
Rozumie jego gest. Ogarnia go ramieniem i sięga ustami do jego ucha.
– Greg… – szepcze – …kocham cię. Kocham wszystko twoje. To kim jesteś i jaki jesteś.
A potem znów sięga ręką i ustami w to miejsce pomiędzy karkiem a linią włosów i przywraca go samemu sobie.
– Po prostu bądź… Dla mnie… Dobrze? – Jego głos zdradza silne emocje.
– Zawsze byłam – odpowiada tym samym szeptem, który sprawia, że on oddycha z ulgą. Zaczyna wędrówkę ustami po jej skroni i znów staje się pewnym siebie mężczyzną, który wie jakiego dokonał wyboru.

Teraz już na zawsze.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Świątecznie

Odpoczywam.
Odpoczywam psychicznie. Potrzebowałam takiego czasu, w którym nic nie muszę czy coś powinnam.

Wielu z nas dziś świętuje z najbliższymi, a ja świętuję sama ze sobą.
Myślę o zaproszeniu, które otrzymałam na święta, a z którego nie mogłam skorzystać. Mam nadzieję, że moja decyzja zostanie zrozumiana.
Myślę o zmęczeniu, które nie pozwala mi cieszyć się tym co mam. Mam nadzieję, że stanięcie na nogi – to kwestia kilku najbliższych godzin.
Myślę o emocjach, które w takie dni jak dziś uaktywniają mi się szczególnie. Mam nadzieję, że mnie kiedyś nie zabiją.
Myślę o tym, że nauczyłam się nieźle egzystować w pustce, ale płacę za to ogromną cenę. Wychylam się na chwilę smakując najlepsze pod słońcem rzeczy i wracam na stare śmiecie. Zero zaangażowania. Zero emocji. Zero wspomnień.
No i zero pragnień. Żeby nie skrzywdzić nikogo sobą.

Mam nadzieję, że pomimo wszystko udaje mi się zawsze zachować innym pogodną twarz.

środa, 30 marca 2011

KLUCZE [3]

Kolejna część odsłonięta.
Oczywiście do czytania dla osobników tylko +18 lat

KLUCZE III

Poddaje się pieszczocie jego palców, które wędrują w okolicach jej szyi i ramion. Zaraz za nimi wędrują jego usta. Chce ją zapamiętać. Obfotografować ustami te części jej, które nie potrafią nie reagować na niego. Chce ją zapamiętać tak cudownie bliską, chce się jej nauczyć, chce sprawić, że pomimo dzielącej ich odległości, będzie tuż obok – w myśli, wspomnieniu, zapachu i dotyku.
Korzysta z ostatnich, intymnych chwil, jakie serwuje im ta noc. Jutro wraca do Stanów. Do miasta, które jeszcze nie tak dawno uważał za swoje, a które tak naprawdę stało się jego osobistą pułapką. Sam ją sobie stworzył i w nią wpadł. Zrozumiał to tutaj, na obcej ziemi, z dala od wszystkich, o których myślał, że są mu bliscy i stanowią pewnego rodzaju gwarancję stabilności.
Słyszy jej głębokie westchnienie, gdy zaczyna wędrować wzdłuż kręgosłupa. Mruczy jej w ucho jakieś słowa, które nie posiadały do tej pory odpowiedników w jego świecie.
Słyszy jak śmieje się schowana w poduszkę i próbuje odpowiadać na ten zupełnie nowy zestaw słów takich jak czułość, zaufanie, troskliwość, empatia i… miłość.

Doznawał sprzecznych uczuć. Londyn wpływał bardzo dobrze zarówno na niego, jak i na nich oboje. Sam nie wiedział, że z dala od miejsca, które do tej pory stanowiło jego bastion i podnosiło w górę poziom poczucia bezpieczeństwa, może czuć się tak dobrze. Nabrał jakiegoś dystansu. Było to zupełnie nowe doznanie. Jakby to wszystko, co stało się do tej pory oddzieliła od niego jakaś bariera. Przestał czuć się na cenzurowanym, przestał zwracać uwagę na jakieś zaszłości, przestał czuć się obserwowany i kontrolowany. Londyn zwrócił mu ogromną część jego osobistej wolności związanej z miejscem. Nie musiał udawać, nie musiał bronić terytorium – nie miał przed kim.

Odwraca się mimo jego protestów, że nie doszedł jeszcze do części lędźwiowej jej kręgosłupa i posyła mu to spojrzenie, które go wciąż wprowadza w lekkie zakłopotanie.
Lubi jak staje się właśnie taki: miękki, cudownie zmieszany, umykający przed nią wzrokiem, najprawdziwszy na świecie. Wykorzystuje te chwile i uczy go przyjmowania prostych słów: potrzebuję cię, uwierz, przyjmij, nic nie chcę w zamian, cieszę się, że mnie odnalazłeś… i najprostszych gestów.
Przesuwa palcami w okolicach jego powiek. Nie zdołała jeszcze nacieszyć się faktem, że może bezkarnie dotykać i poznawać jego twarz i kosztować ust, które do niedawna potrafiły tylko ją ranić. Teraz dziwnie łagodne wypowiadają przede wszystkim słowo przepraszam i próbują zdobyć każdy zakątek jej ciała.

Wiedziała, że to się kiedyś stanie, że będzie musiał tam wrócić, do swojego domu i pracy. Niecałe trzy tygodnie w Londynie dobiegły końca. To jest dla niej trudne. Nie wiedziała, że tak ją będzie bolała sama myśl o tym, że on wsiądzie w samolot i wróci na stare śmieci, gdzie być może dopadną go wszystkie jego koszmary i wątpliwości, które zawsze z nią wygrywały. Dopiero niedawno oboje odnaleźli się po ogromnej zawierusze emocjonalnej. Dopiero zdołali poznać jakieś cząstki siebie, pokazać sobie nawzajem prawdziwe twarze, z dala od wszystkiego, co niszczyło ich oboje. Chciał ją zabrać ze sobą. „Ochronię cię” mówił, ale ona jeszcze nie była gotowa na powrót i w głębi duszy nie chciała tam wracać. Nie chciała znów oglądać jego maskującej się przed wszystkimi twarzy. Wolała go takiego jak jest teraz. Z czystym kontem nowych relacji, w mieście, które im obojgu dawało ogromne możliwości, a ocean stanowił namacalną barierę oddzielającą ich osobiste koszmary. 
Jej lęk jest wyczuwalny przez skórę. Widzi to w jej oczach i wie, że po tym wszystkim, co jej zgotował ma prawo się bać. Próbuje jak umie uspokoić jej emocje. Zachłannie trzyma w ramionach, wypowiada jakieś banalne słowa o tym, że jest jego najlepszym środkiem łagodzącym ból. Otwiera przed nią znak swojego bólu i pozwala go dotykać. Jej dłonie subtelnie pokonują każdy milimetr pokiereszowanego mięśnia. Opowiada jej jak bardzo czuł się zdradzony… i jak bardzo czuł się niezrozumiały… i jak bardzo wszystkich wokół interesowały tabletki niż ból, którego doświadczał…
Tym razem ona szepcze proste przepraszam, bo wie, że były sytuacje, w których go zawiodła. Zamyka jej usta pocałunkiem, bo on też wie, że wielokrotnie ją zawodził i wykorzystał. Nieważne.
Ma takie cudowne włosy, w które po prostu wplata dłonie, kiedy sięga do jej twarzy. Kocha się nimi bawić. Przypomina sobie jak zobaczył ją po raz pierwszy po kilkumiesięcznej przerwie. Wróciła. Co mógł powiedzieć? Wyglądasz jak dziwka. Podoba mi się. Wtedy tylko tak umiał wyrazić zachwyt i zamaskowaną radość, że znów jest obok, jak za starych dobrych lat, kiedy wspólnie toczyli gry na rozmaitych poziomach. Teraz może jej tylko mówić piękna, cudowna… Co prawda jeszcze nie jest łatwo wydobyć z siebie te słowa, ale zupełnie niedawno pokonał pierwszą barierę mówiąc jej …taka dobra… Myśli o jeszcze jednym słowie, ale boi się go wypowiadać. Odpędza uporczywą myśl, która wciska się paskudnie pomiędzy zwoje mózgowe …moja…?

Wzięła wolne, żeby nie stracić ani jednej chwili spędzonej z dala od niego. Wykorzystywała je zachłannie bojąc się, że pewnego dnia po prostu wróci do siebie i nie będzie chciał jej więcej widzieć. Pokazała mu miasto, które ją przyjęło i dało dom. Wywiozła na jeden weekend do Szkocji, a na drugi do Irlandii. Pozwoliła prowadzić samochód z kierownicą po drugiej stronie, a w Irlandii pożyczyła od znajomych motor i pojechali na dwa dni w nieznane.
Zauroczył się krajobrazem i starociami mijanymi po drodze. I… coraz bardziej nią… nową nią… Kiedy chciał wydłużyć urlop o kolejny tydzień… dostał odpowiedź, że jeśli che jeszcze do czegokolwiek wracać niech zbiera tyłek, bo limit urlopowy i cierpliwości szefa ma już wyczerpany. Dostał jeszcze trzy dni… 


Leży tuż obok i nie może napatrzeć się jej zasypiającej twarzy. Nie jest w stanie wyrazić niczym tego, co czuje. Delikatnie dotyka jej policzka, pochyla się i całuje w usta.
Otwiera zasypiające oczy i patrzy wzrokiem z pogranicza jawy i snu. Uspokaja ją jednym gestem. Jego kciuk ląduje gdzieś w okolicach jej skroni i rozpoczyna usypianie.
Uśmiecha się i poddaje pieszczocie jego kciuka. Dziwne… zasypiając myśli o tym, że wciąż czuje go gdzieś obok siebie. Jakby cały czas trzymał ją w ramionach nawet, jeśli go przy niej nie było. To irracjonalne odczucie chodzi za nią cały czas. Nie ma dosyć jego obecności. Stara się być blisko, jakby wyczuwając, że po cudownym początku może nastąpić bolesny koniec. Wie, że on próbuje łagodzić jej lęk i coraz częściej zamyśla się odpływając na dłuższe chwile, które rodzą między nimi dystans. Potem znów wraca. Jest wtedy czulszy i bliższy, ale nie potrafi odpędzić widma jej smutniejącej z dnia na dzień twarzy.

Kiedy w końcu powiedział, że musi wracać, zamarła. Czuł jak spinają się jej mięśnie. Wiedział, że się boi. Odwróciła się nie potrafiąc ukryć smutku. Otoczył ją ramieniem. Nie chciała podać mu dłoni, która nagle zacisnęła w pięść. Długo nie pozwoliła mu jej otworzyć i spleść z jego dłonią. Ponad godzinę leżeli w ciszy wsłuchując się w szelesty nocy. Bała się wypowiadać jakiekolwiek słowa, które wymuszałyby na nim jakiekolwiek decyzje czy deklaracje, próbuje cieszyć się tym, co ma. Najzwyczajniejszą w świecie bliskością, co do której straciła nadzieję, że jest możliwa do osiągnięcia.
Nie pomaga usypianie. Odwraca się do niego i zaczyna swoją grę, której on nie jest w stanie odmówić. Włącza się w nią i dokłada nowe propozycje. Przebiega palcami wzdłuż jej brzucha. Odcyfrowuje w jego gestach zestaw nut. Irlandia? Pyta cichutko wspominając jak przekupił muzyków w jakimś barze, który mijali po drodze, żeby pozwolili mu zagrać specjalnie dla niej.
Przytakuje.
Powraca do wygrywania na jej ciele irlandzkiej melodii wymyślonej w motocyklowym powiewie wiatru ogarniającym ich sylwetki. W jego dotyku rodzi się coraz większe napięcie pomiędzy nimi. Uśmiecha się, gdy jej westchnienia przybierają na sile. Zatrzymują się w punkcie, w którym ona przejmuje inicjatywę. Prawie przestaje oddychać, gdy jej dłonie i usta wędrują wzdłuż klatki piersiowej. Zatrzymuje ją na granicy osobistej wytrzymałości i sięga do jej ust. Potem patrzy jej głęboko w oczy i odgarnia kosmyki włosów, które przysłaniają załamania jej cudownych łuków brwiowych. One dodają wyrazistości i niesamowicie podkreślają jej trójkolorową głębię oczu, które pociemniały od nadmiaru doznań. Widzi jak delikatnie rozchyla usta zapraszając go do siebie. Nie potrafi policzyć ile razy tej nocy splatał swoją dłoń z jej. Wraz z tym gestem pochyla się i całuje ją. Przyjmuje go z radością i pogłębia pocałunek. Kiedy znów podnosi twarz żeby zaczerpnąć tchu słyszy swoje imię wypowiedziane w zapraszający sposób. Znów patrzy jej głęboko w oczy i wypełnia sobą. Ich westchnienia splatają się ze sobą w cudownej miarowości ciał. Wszystko pasuje idealnie: jej ciało, imię, włosy, które opadają na jego klatkę piersiową… Nawet to jak mieści się w jego ramionach. Jakby od zawsze była do nich przypisana. Jej kobiecość jest taka krucha i jednocześnie wyrazista. Jej ciało tak subtelne, a jednocześnie pełne ognia, jej oczy dodają blasku jej twarzy i wywołują masę dreszczy… Bliskość, której doświadcza z nią jest tak ogromna, że wypowiedzenie jej imienia obok słowa …moja… wydaje się teraz takie naturalne i odpowiednie…
Patrzy na niego tymi ogromnymi oczyma, w których rysuje się cudowne zdziwienie i rosnąca radość. Zatapia się w jej spojrzeniu i po raz kolejny w ciągu tych chwil spędzonych z nią przywraca z zagubienia samego siebie.

Stoi tuż przy drzwiach. Pożegnania kojarzyły się im obojgu źle. Stoi obok niego zakłopotana. Zawsze to ona odchodziła od niego i zawsze to ona wypowiadała powody odejścia. Tym razem on powinien coś powiedzieć, ale stoi obok niej tak samo zakłopotany jak ona. Wie, że powinien coś zrobić, dać jej jakiś sygnał… Rozmawiali o tylu sprawach… a o tej jednej nie. Ona dokonuje wysiłku i łamiącym się głosem, patrząc w podłogę, wypowiada proste „nie chcę, żebyś odjeżdżał…”
Patrzy na nią i wie, że jeszcze dobrze nie zamknie za sobą drzwi, a będzie za nią tęsknił… Wie, że musi tam wrócić. Musi ostatecznie dokonać rozrachunku z samym sobą.
Patrzy na jej szklane oczy, które jakimś cudem uniknęły potoku łez. Wie, że próbuje być silna przed nim, ale jak zamknie za sobą drzwi – najzwyczajniej w świecie rozpłacze się. Podchodzi bliżej niego i przytula się. Ogarnia ją ramieniem. Czuje cały jej strach i już wie, że ona bardzo pragnie jego obecności przy sobie. Dziwi się, ze jeszcze nie powiedziała mu magicznego słowa „kocham”.
Podnosi głowę i po prostu całuje go w policzek. „Spóźnisz się” – wypowiada nie patrząc mu w oczy, a on zaczyna rozumieć, że ona nie chce go za wszelką cenę i na siłę zatrzymać, że pozwala mu podjąć wolną decyzję, że właśnie dlatego nie padło „magiczne” słowo.
Przytakuje i zarzuca plecak na ramię.
Kiedy zamyka za sobą drzwi jego diagnoza dotycząca tęsknoty sprawdza się co do joty.

niedziela, 13 marca 2011

Okruchy przeszłości

Sprzątałam dziś – tak całkiem ogromnie.
Z mojego przepastnego pudełka znalezionego gdzieś na dnie szuflady wysypały się stare zapiski i wiersze. Myślałam, że gdzieś je zgubiłam, a one leżały sobie bezpiecznie tuż koło mnie i czuwały nad moim snem.

Jedno, kilka zdań…, jakiś wiersz…
Tyle wspomnień przewija mi się po głowie..

Oto kilka próbek.

Wieczór wspomnień…
Ech, to były czasy…
To był późny październik, wieczór, lata studenckie…
Siedziałam gdzieś w korytarzu czekając na ostatnie zajęcia.

–//–
Nie wszystek popiół
strącam z włosów
Nie wszystek kurz opada z powiek
Milczę
Przywołuję ciszę
surowego tchnienia
Kamień zapłakał
i boleśnie krzyczy
i woła z dna rozpaczy
i pęka
i rysę zostawia na twarzy


A to powstało gdzieś w okolicach marca. Też studenckie czasy. Pamiętam tylko, że było to po bardzo trudnej rozmowie o przebaczeniu…

Przepraszam
Przykro mi
że zawodzę cię pustką moich ścian
szarością tapet
rozbitym szkłem w oknach
szronem na podłodze
i głuchym wiatrem


A to zrodziło się kiedy jedna z moich koleżanek próbowała popełnić samobójstwo. Całkiem nieudane i naciągane jak się potem okazało. Ale się bardzo przejęłam.
Proza życia. Była sobie para, a on powiedział jej żegnaj…
Myślałam wtedy jak ja bym zareagowała, gdyby przydarzyła mi sie podobna sytuacja.

Podarunek
Daję ci różę
spójrz –
trochę woni
przykleiło się do mych rąk
byś mógł rozpoznać ten zapach
spośród setek innych
gdy wrócisz
w poszukiwaniu pokoju

No dobra. Wystarczy.
Bo jeszcze chwila a trysnę fontanną łez przez jeden wiersz, na który właśnie patrzę. Może kiedyś opowiem o nim i o sytuacji, dzięki której powstał...

sobota, 12 marca 2011

Jeden krok bliżej oddalenia

Przekraczam granice, by je tworzyć na nowo.
Buduję więź, by ją zostawiać.
Zatrzymuję, by oddawać.

To jest największa tajemnica i paradoks świata.
Kiedy czyni się krok naprzód, by się wciąż oddalać.