Przeszłość jest jak lustro.
Odbijasz się w nim. A to jak siebie widzisz, zależy od tego jak
bardzo lustro zostało zniekształcone. Przeszłość to indywidualna
sprawa. Możemy mieć podobne momenty, ale każdy z nas zdobywa z niej
inne doświadczenia i przejawia inne reakcje. Mimo to możemy się
rozumieć, co czyni nas podobnymi do siebie.
Przeszłość ma różne oblicza. Czasami jest wykuta w kamieniu. Ciężka i mocna. Potrafi przytłoczyć i zamknąć nas w mroku jaskini.
Czasami bywa rozmyta w delikatnych wspomnieniach, które błądzą
gdzieś w pobliżu nas. Podrzuca naszej pamięci migawki rozmaitych
wspomnień. Nie stanowią ciągłości. Są raczej jak rozrzucone zdjęcia do
uporządkowania. Na niektórych z nich znajdą się cienie i skale
szarości, inne wytrysną fontanną uśmiechów i są dowodem na to, że nie
wszystkie chwile w życiu były kiepskie.
Czasami przeszłość jest igła i stóg siana. Usiłujesz odnaleźć
igiełki wspomnień, które złożą się na całość. Zajmuje to sporo czasu,
ale wciąż się trudzisz mimo zmęczenia, bo wiesz, że warto.
Czasami jest jak nagle obudzony wulkan. Patrzysz na przejeżdżające
obok ciebie dziecko na hulajnodze i nagle pojawia się żywe wspomnienie
czegoś, kogoś… wybuchające emocją z siłą wulkanu.
Czy łatwo nam przychodzi zapomnieć różne epizody przeszłości? Jeśli
nie potrafimy – jesteśmy skazani na to, aby przeżywać ją ponownie.
Zastanawiam się jakie potwory mogą się obudzić jeśli pozwolę się
zaprowadzić w mroczne miejsca?
Myślę, że czasem teraźniejszość bywa jak gabinet luster. Różne
doświadczenia sprawiają, że nigdy nie widzisz siebie tak samo. Czasami
masz przekrzywioną głowę, czasami długie i chude nogi, czasami wielki
brzuch.
Mam kilka rzeczy z przeszłości. Tu i tam rzucają się w oczy. Trzymam
je, aby mi przypominały, że nieprzewidywalne momenty w życiu, które
się wydarzają, mogą zmienić życie jeśli jest się na to gotowym.
wtorek, 29 listopada 2011
czwartek, 24 listopada 2011
To, co niewidoczne...
Noc…
Piękna jak zawsze. No, może niekoniecznie w tej części, kiedy myśli biegną zbyt szybko i nie dam rady ich poskładać w okrągłe zdania. Nie pomaga czytanie książek, oglądanie filmów czy pleciony półgłosem warkocz modlitw.
Ale jak zwykle widzę w niej swoiste piękno. Jest tak cicho i spokojnie. Znów mogę próbować poskładać kawałki życia rozrzucone gdzieś we mnie. Przez chwilę poczuć się silniejszą, by za moment znów doświadczyć swojej kruchości.
To wszystko we mnie jest jak bezmiar oceanu zlewającego w jedno z niebem. Jakby czasami brakowało wyraźnych granic. Wszystko zlewa się ze sobą i tworzy całość, choć potrafisz rozróżnić kształty i próbujesz przypomnieć sobie jak się nazywają. Pamiętam mój zachwyt jego głębią i wielkością, gdy dane mi było stać na skraju zatoki w Sydney i wpatrywać się w bezgraniczny ogrom oceanu. To niesamowite uczucie obserwować rzeczy większe od czegokolwiek i mieć świadomość jak olbrzymia musi być siła grawitacji utrzymująca ocean w ryzach. Jedyne i niepowtarzalne chwile, kiedy czujesz się częścią cudownego świata i dziękujesz za to, że możesz na własne oczy oglądać jego piękno.
Czasami cieszę się z małych kroków dokonywanych każdego dnia. Są jak małe kroki dziecka pokonującego swoje pierwsze odległości. Cieszę się z każdego otwarcia się na innych, rozmawiania podczas spotkań, otwarcia innych na mnie, zapominaniu zadanego cierpienia i budowania nowych mostów i z tylu drobiazgów które budują codzienność.
Czasami jednak długo mi przychodzi uczenie się zwyczajnego otwierania się na świat. Lepiej mi wychodzi ukrywanie się w swoich bezpiecznych kątach, gdzie nabieram dystansu. Są też chwile, które mnie oddalają. Jakby chwile otwarcia się wycofywały mnie znów na krawędzie. Wtedy znów tak trudno dostrzec radosną części życia – a ono bezpowrotnie mija…
Piękna jak zawsze. No, może niekoniecznie w tej części, kiedy myśli biegną zbyt szybko i nie dam rady ich poskładać w okrągłe zdania. Nie pomaga czytanie książek, oglądanie filmów czy pleciony półgłosem warkocz modlitw.
Ale jak zwykle widzę w niej swoiste piękno. Jest tak cicho i spokojnie. Znów mogę próbować poskładać kawałki życia rozrzucone gdzieś we mnie. Przez chwilę poczuć się silniejszą, by za moment znów doświadczyć swojej kruchości.
To wszystko we mnie jest jak bezmiar oceanu zlewającego w jedno z niebem. Jakby czasami brakowało wyraźnych granic. Wszystko zlewa się ze sobą i tworzy całość, choć potrafisz rozróżnić kształty i próbujesz przypomnieć sobie jak się nazywają. Pamiętam mój zachwyt jego głębią i wielkością, gdy dane mi było stać na skraju zatoki w Sydney i wpatrywać się w bezgraniczny ogrom oceanu. To niesamowite uczucie obserwować rzeczy większe od czegokolwiek i mieć świadomość jak olbrzymia musi być siła grawitacji utrzymująca ocean w ryzach. Jedyne i niepowtarzalne chwile, kiedy czujesz się częścią cudownego świata i dziękujesz za to, że możesz na własne oczy oglądać jego piękno.
Czasami cieszę się z małych kroków dokonywanych każdego dnia. Są jak małe kroki dziecka pokonującego swoje pierwsze odległości. Cieszę się z każdego otwarcia się na innych, rozmawiania podczas spotkań, otwarcia innych na mnie, zapominaniu zadanego cierpienia i budowania nowych mostów i z tylu drobiazgów które budują codzienność.
Czasami jednak długo mi przychodzi uczenie się zwyczajnego otwierania się na świat. Lepiej mi wychodzi ukrywanie się w swoich bezpiecznych kątach, gdzie nabieram dystansu. Są też chwile, które mnie oddalają. Jakby chwile otwarcia się wycofywały mnie znów na krawędzie. Wtedy znów tak trudno dostrzec radosną części życia – a ono bezpowrotnie mija…
poniedziałek, 21 listopada 2011
Władza
Koniec roku liturgicznego. Prawie. Jeszcze tydzień, a będziemy w nowym i rozpoczniemy zataczanie kolejnego koła.
Wolę dzisiejszą noc niż sylwestrową. Nie wiem dlaczego i nie próbuję tego wyjaśniać na siłę.
Myślę o władzy. O państwach, królestwach, republikach. O prezydentach, premierach i królach. O naruszaniu praw, ich tworzeniu, wojnach dotyczących ludzkich praw, próbowaniu stworzenia idealnych praw, idealnego człowieka, idealnego państwa, idealnego władcy. Nigdy w historii świata nam się to nie udało. I wiem, że nigdy nam się to nie uda, chociażbyśmy próbowali po tysiąckroć proklamować Chrystusa królem… czegokolwiek, kogokolwiek.
„Nie jest z tego świata” – mówi Chrystus, ale jednocześnie tkwił tu z nami rękami i nogami dzieląc nasz los i smakując ludzkiego życia.
Mam natłok myśli czytając proroka Ezechiela piszącego: „Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał”, a potem św. Pawła, który bez ogródek mówi: „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni”. Dodając do tego wszystkiego jeden z piękniejszych i najbardziej znanych psalmów „Pan jest moim Pasterzem…” wydaje się, że chodzę po najbezpieczniejszych drogach.
Jakże ciężko nam pojąć niepojęte – Bóg kocha mnie – ale nie na moich warunkach i wyobrażeniach tylko na warunkach miłości najczystszej, pochodzącej wprost ze źródła, z samego serca Boga, z samego zamysłu i wszechwiedzy, którą posiada w stosunku do mojego życia.
Niesamowite. Bóg był z nami. Myślę, ze każdy adwent jest świadectwem tęsknoty Boga za człowiekiem. Pragnienia uczynienia nas takimi jakimi miał nas w pierwotnym zamyśle. Czystych, ufających, kochających i bezbronnych jak dzieci.
Chcielibyśmy Chrystusa widzieć jako tego, który zaprowadzi pomiędzy nami porządek, odmierzy boską miarą sprawiedliwość, ukarze złych, wydobędzie z ucisku sprawiedliwych, będzie wiecznie strzegł prawa i nie pozwoli by ktokolwiek z naszych bliskich zginął w beznadziejnym, przypadkowym wypadku lub umrze na raka. Nie da nikomu zginąć i będzie wypełniał nasze zachcianki nie pozwalając na zaistnienie cierpienia. Sprawi, że zapomnimy o bólu i nie będziemy musieli tak tyrać, żeby cokolwiek w życiu osiągnąć. A w imię naszego pojęcia miłości i wolności – pozwoli nam na spełnianie wszelkich zachcianek. Po prostu cudowne i kolorowe życie.
A On nas zaskakuje. Rodzi się – paradoksalnie – nie tam gdzie chcielibyśmy Go zobaczyć. Nie jest to królewski pałac tylko zapadła dziura, już od samego początku ktoś czyha na Jego życie. Wiedzie więc życie wygnańca, pozwala doświadczyć na sobie ciężkiej pracy, zmaga się z trudnościami, sprawia, że nie jest łatwo Go rozpoznać i wciąż mówi „królestwo moje nie jest z tego świata”, w dodatku mówi niewyobrażalne rzeczy, trudne do zrozumienia, przestawia system wartości, wskazuje na inne rzeczy, uzdrawia tam gdzie się tego nie spodziewają, rozmawia z ludźmi ulicy, z pogardzanymi i odepchniętymi, wiedzie dysputy w mędrcami ówczesnego świata nie w purpurze, ale w zwykłej szacie. W końcu daje się pojmać i zabić, bo nie chodzi o wyzwolenie Izraela z rzymskiej niewoli, ale chodzi o ludzką duszę, o wieczność i nieśmiertelność. Chodzi o najcenniejszy dar miłości, kiedy „ktoś życie swoje oddaje” za przyjaciół i nieprzyjaciół bez wyjątku.
Jakże wielką cenę zapłacił Bóg za miłość. To dlatego tak bardzo krzyż do mnie krzyczy. Miłością.
To dlatego tak trudno nam znieść prawdę o nim, że szukamy zastępników aby choćby w małym promilu stworzyć sobie własne królestwa i wykreować swoich własnych królów.
Nie będę toczyć sporów o proklamowanie czegokolwiek i gdziekolwiek, bo Boże królestwo zaczyna się w sercu, w nastawieniu do człowieka, w otwartości na to wszystko co przychodzi z darem codzienności, w znoszeniu rozmaitych ludzi i ich słów i zachowań w stosunku do mnie, w darze przebaczenia i zaczynania na nowo.
I w tylu innych rzeczach, które są niewidoczne gołym okiem, ale uchwytne w wymiarze serca.
I zdecydowanie wolę króla, który oddaje za mnie życie, niż króla, który za wszelką cenę usiłuje mnie uszczęśliwić na swój sposób kosztem mnóstwa innych.
Wolę dzisiejszą noc niż sylwestrową. Nie wiem dlaczego i nie próbuję tego wyjaśniać na siłę.
Myślę o władzy. O państwach, królestwach, republikach. O prezydentach, premierach i królach. O naruszaniu praw, ich tworzeniu, wojnach dotyczących ludzkich praw, próbowaniu stworzenia idealnych praw, idealnego człowieka, idealnego państwa, idealnego władcy. Nigdy w historii świata nam się to nie udało. I wiem, że nigdy nam się to nie uda, chociażbyśmy próbowali po tysiąckroć proklamować Chrystusa królem… czegokolwiek, kogokolwiek.
„Nie jest z tego świata” – mówi Chrystus, ale jednocześnie tkwił tu z nami rękami i nogami dzieląc nasz los i smakując ludzkiego życia.
Mam natłok myśli czytając proroka Ezechiela piszącego: „Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał”, a potem św. Pawła, który bez ogródek mówi: „Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni”. Dodając do tego wszystkiego jeden z piękniejszych i najbardziej znanych psalmów „Pan jest moim Pasterzem…” wydaje się, że chodzę po najbezpieczniejszych drogach.
Jakże ciężko nam pojąć niepojęte – Bóg kocha mnie – ale nie na moich warunkach i wyobrażeniach tylko na warunkach miłości najczystszej, pochodzącej wprost ze źródła, z samego serca Boga, z samego zamysłu i wszechwiedzy, którą posiada w stosunku do mojego życia.
Niesamowite. Bóg był z nami. Myślę, ze każdy adwent jest świadectwem tęsknoty Boga za człowiekiem. Pragnienia uczynienia nas takimi jakimi miał nas w pierwotnym zamyśle. Czystych, ufających, kochających i bezbronnych jak dzieci.
Chcielibyśmy Chrystusa widzieć jako tego, który zaprowadzi pomiędzy nami porządek, odmierzy boską miarą sprawiedliwość, ukarze złych, wydobędzie z ucisku sprawiedliwych, będzie wiecznie strzegł prawa i nie pozwoli by ktokolwiek z naszych bliskich zginął w beznadziejnym, przypadkowym wypadku lub umrze na raka. Nie da nikomu zginąć i będzie wypełniał nasze zachcianki nie pozwalając na zaistnienie cierpienia. Sprawi, że zapomnimy o bólu i nie będziemy musieli tak tyrać, żeby cokolwiek w życiu osiągnąć. A w imię naszego pojęcia miłości i wolności – pozwoli nam na spełnianie wszelkich zachcianek. Po prostu cudowne i kolorowe życie.
A On nas zaskakuje. Rodzi się – paradoksalnie – nie tam gdzie chcielibyśmy Go zobaczyć. Nie jest to królewski pałac tylko zapadła dziura, już od samego początku ktoś czyha na Jego życie. Wiedzie więc życie wygnańca, pozwala doświadczyć na sobie ciężkiej pracy, zmaga się z trudnościami, sprawia, że nie jest łatwo Go rozpoznać i wciąż mówi „królestwo moje nie jest z tego świata”, w dodatku mówi niewyobrażalne rzeczy, trudne do zrozumienia, przestawia system wartości, wskazuje na inne rzeczy, uzdrawia tam gdzie się tego nie spodziewają, rozmawia z ludźmi ulicy, z pogardzanymi i odepchniętymi, wiedzie dysputy w mędrcami ówczesnego świata nie w purpurze, ale w zwykłej szacie. W końcu daje się pojmać i zabić, bo nie chodzi o wyzwolenie Izraela z rzymskiej niewoli, ale chodzi o ludzką duszę, o wieczność i nieśmiertelność. Chodzi o najcenniejszy dar miłości, kiedy „ktoś życie swoje oddaje” za przyjaciół i nieprzyjaciół bez wyjątku.
Jakże wielką cenę zapłacił Bóg za miłość. To dlatego tak bardzo krzyż do mnie krzyczy. Miłością.
To dlatego tak trudno nam znieść prawdę o nim, że szukamy zastępników aby choćby w małym promilu stworzyć sobie własne królestwa i wykreować swoich własnych królów.
Nie będę toczyć sporów o proklamowanie czegokolwiek i gdziekolwiek, bo Boże królestwo zaczyna się w sercu, w nastawieniu do człowieka, w otwartości na to wszystko co przychodzi z darem codzienności, w znoszeniu rozmaitych ludzi i ich słów i zachowań w stosunku do mnie, w darze przebaczenia i zaczynania na nowo.
I w tylu innych rzeczach, które są niewidoczne gołym okiem, ale uchwytne w wymiarze serca.
I zdecydowanie wolę króla, który oddaje za mnie życie, niż króla, który za wszelką cenę usiłuje mnie uszczęśliwić na swój sposób kosztem mnóstwa innych.
niedziela, 20 listopada 2011
Nierówność chwil życia
Robi się coraz zimniej. Już chyba czuję na karku powiew zimy –
zwłaszcza kiedy wychodzę z domu i ogarnia mnie pierwszy chłód. Potrwa
trochę zanim znów się do tego przyzwyczaję. Drugi znak – to zmiana opon
na zimowe. Dopiero wczoraj udało mi się to zrobić, mimo, iż powinnam
zrobić to dawniej. Przyznam, że nie lubię tej czynności.
A potem na prośbę kolegi posiedziałam w pracy do późna zastępując go.
Patrzę dziś na wpół stalowe niebo i myślę o tym czego mi się nie chce zrobić, a co powinnam mimo wszystko. Zazwyczaj długo o tym nie myślę, bo jak zwykle poczucie odpowiedzialności zapuka w moim sercu i… jestem gotowa znów zapomnieć o tym czego mi się nie chce.
Każdego dnia dajesz z siebie wszystko, próbujesz czynić wokół siebie świat lepszym i przyjaźniejszym. Masz uśmiech dla wszystkich, dobre słowo, dużo życzliwości, pogodną twarz. Nie myślisz o tym, żeby podstawić komuś nogę, śmiać się z cudzych pomyłek, wytykać błędy. Wierzysz, że każdy ma swoją chwilę, w której odkrywa ważne dla siebie rzeczy i uczy się mądrości. Że nie ma sensu niczego przyspieszać ani opóźniać, bo każdy ma swój jedyny i wyjątkowy czas.
Życie to skomplikowany proces. Wciąż się toczy i przynosi swoje niespodzianki. Nawet monotonia, którą często odczuwamy i która staje się nużąca, ma swoje plusy. Oznacza stabilizację i jakiś środek drogi po której kroczymy.
Miewamy fatalne chwile myśląc o nieoczekiwanej plamie na ubraniu, nie odpalonym samochodzie z powodu mrozu, chwili słabości tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy, nagłą stratą ważnych dla nas ludzi czy rzeczy, kłótni w pracy, sprzeczce z najbliższymi, brakiem sił na zrobienie czegoś dobrego. Bywa, że dzień układa się w taki sposób, iż marzymy tylko o tym żeby się skończył.
To takie nasze małe, osobiste „końce świata”.
Bywają jednak chwile, kiedy życie daje nam tak w kość, że chcielibyśmy właśnie „tylko” się pokłócić w pracy, przechodzić cały dzień w ubraniu z plamą czy denerwować się zepsuty samochodem. Chwile, w których dajesz z siebie wszystko i nie dostajesz nic. Chwile, w których splot nieoczekiwanych wydarzeń stawia cię poza krawędziami życia, chwile w których odkrywasz, że choćbyś nie wiem jak się postrasz, nie dostaniesz nic, a wysiłek jaki wkładasz wydaje się stratą czasu.
To właśnie jest nierównością chwil życia, kiedy wydarzają się gorzkie rzeczy i zaczynasz marzyć żeby wróciła równowaga życia – choćby ta trudniejsza. A ja chciałabym tylko mieć w sobie to głębokie przekonanie, że będzie spokojnie. Że w jakiś nadzwyczajny sposób wszystko poustawia się na swoim miejscu, że znajdę w sobie tyle chęci żeby wbrew wszystkiemu zawsze stawać na nogi i iść dalej.
A potem na prośbę kolegi posiedziałam w pracy do późna zastępując go.
Patrzę dziś na wpół stalowe niebo i myślę o tym czego mi się nie chce zrobić, a co powinnam mimo wszystko. Zazwyczaj długo o tym nie myślę, bo jak zwykle poczucie odpowiedzialności zapuka w moim sercu i… jestem gotowa znów zapomnieć o tym czego mi się nie chce.
Każdego dnia dajesz z siebie wszystko, próbujesz czynić wokół siebie świat lepszym i przyjaźniejszym. Masz uśmiech dla wszystkich, dobre słowo, dużo życzliwości, pogodną twarz. Nie myślisz o tym, żeby podstawić komuś nogę, śmiać się z cudzych pomyłek, wytykać błędy. Wierzysz, że każdy ma swoją chwilę, w której odkrywa ważne dla siebie rzeczy i uczy się mądrości. Że nie ma sensu niczego przyspieszać ani opóźniać, bo każdy ma swój jedyny i wyjątkowy czas.
Życie to skomplikowany proces. Wciąż się toczy i przynosi swoje niespodzianki. Nawet monotonia, którą często odczuwamy i która staje się nużąca, ma swoje plusy. Oznacza stabilizację i jakiś środek drogi po której kroczymy.
Miewamy fatalne chwile myśląc o nieoczekiwanej plamie na ubraniu, nie odpalonym samochodzie z powodu mrozu, chwili słabości tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy, nagłą stratą ważnych dla nas ludzi czy rzeczy, kłótni w pracy, sprzeczce z najbliższymi, brakiem sił na zrobienie czegoś dobrego. Bywa, że dzień układa się w taki sposób, iż marzymy tylko o tym żeby się skończył.
To takie nasze małe, osobiste „końce świata”.
Bywają jednak chwile, kiedy życie daje nam tak w kość, że chcielibyśmy właśnie „tylko” się pokłócić w pracy, przechodzić cały dzień w ubraniu z plamą czy denerwować się zepsuty samochodem. Chwile, w których dajesz z siebie wszystko i nie dostajesz nic. Chwile, w których splot nieoczekiwanych wydarzeń stawia cię poza krawędziami życia, chwile w których odkrywasz, że choćbyś nie wiem jak się postrasz, nie dostaniesz nic, a wysiłek jaki wkładasz wydaje się stratą czasu.
To właśnie jest nierównością chwil życia, kiedy wydarzają się gorzkie rzeczy i zaczynasz marzyć żeby wróciła równowaga życia – choćby ta trudniejsza. A ja chciałabym tylko mieć w sobie to głębokie przekonanie, że będzie spokojnie. Że w jakiś nadzwyczajny sposób wszystko poustawia się na swoim miejscu, że znajdę w sobie tyle chęci żeby wbrew wszystkiemu zawsze stawać na nogi i iść dalej.
środa, 16 listopada 2011
Kazda noc ma swój urok
Wczorajszej nocy przyplątała mi się znów bezsenność.
Zaczęłam czytać książkę, która od dawna leżał na parapecie i czekała na moją uwagę.
Urok tej nocy polegał na tym, że w zwykłym tytule i zwykłej okładce książki wypełnionej literami układającymi się w wyrazy przeczytałam prostą historię o dorosłych, w których brzmią echa zranionych dzieci. O skomplikowanych relacjach, budowaniu nowych więzi, zbiegach okoliczności, ryzykowaniu i stawianiu na jedną kartę, uczeniu się ufności od nowa, wychodzeniu naprzeciw siebie, strachu, ucieczkach i Paryżu.
Kiedy już odłożyłam książkę myślało mi się w mojej głowie – nie po raz pierwszy – o nocach życia.
O tym co nas zatrzymuje w drodze, gdy nie widzimy światła.
- o brakach, które zamiast mobilizować nas do pozytywnej pracy pozwalają często budzić się zmorom zazdrości i zawiści,
- o wewnętrznych niemocach, które trzymają nas na linach i nie pozwalają wypuścić się w przestrzeń,
- o ludziach, którzy nie potrafią latać i nie pozwalają innym rozwinąć skrzydeł,
- o tym, że miłość może być ciemnością, kiedy balansuje po cienkiej granicy oczekiwań wobec innych,
- o tym, że łatwiej ranić niż wystawić serce na zranienie.
- o tym, że w książkach prościej o pozytywne zakończenie, a wiele filmów pozwala odsuwać realizm życia i poruszać się po jego krawędziach.
Ciemności przeżywa każdy z nas. Jedni większe, inni mniejsze. Niektórzy radzą sobie z nimi szybciej, inni wolniej. Pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach. Przynoszą w prezencie mieszaninę lęku i znaków zapytania.
Kiedyś ktoś mi powiedział, że największą ciemnością jest brak miłości.
Ciemność jest trudna. Zwłaszcza kiedy stoi się na rozdrożu i nie wie się gdzie ma się iść. Cokolwiek by się nie zrobiło – to wydaje się że i tak nie będzie dobrego zakończenia. Gdy zamiast zaufania budujemy mury samotności.
Perspektywa czasu uświadamia mi, że brew pozorom – ciemność może się okazać największą jasnością.
To w nich kształtują się charaktery, czuć moc wyborów, odwagę poszukiwania światła, szukania odpowiedzi, szukaniu źródeł nadziei, rodzeniu się na nowo i jeszcze na tylu innych – znanych tylko tym, którzy przeżywają swoje ciemności – rzeczach…
Zaczęłam czytać książkę, która od dawna leżał na parapecie i czekała na moją uwagę.
Urok tej nocy polegał na tym, że w zwykłym tytule i zwykłej okładce książki wypełnionej literami układającymi się w wyrazy przeczytałam prostą historię o dorosłych, w których brzmią echa zranionych dzieci. O skomplikowanych relacjach, budowaniu nowych więzi, zbiegach okoliczności, ryzykowaniu i stawianiu na jedną kartę, uczeniu się ufności od nowa, wychodzeniu naprzeciw siebie, strachu, ucieczkach i Paryżu.
Kiedy już odłożyłam książkę myślało mi się w mojej głowie – nie po raz pierwszy – o nocach życia.
O tym co nas zatrzymuje w drodze, gdy nie widzimy światła.
- o brakach, które zamiast mobilizować nas do pozytywnej pracy pozwalają często budzić się zmorom zazdrości i zawiści,
- o wewnętrznych niemocach, które trzymają nas na linach i nie pozwalają wypuścić się w przestrzeń,
- o ludziach, którzy nie potrafią latać i nie pozwalają innym rozwinąć skrzydeł,
- o tym, że miłość może być ciemnością, kiedy balansuje po cienkiej granicy oczekiwań wobec innych,
- o tym, że łatwiej ranić niż wystawić serce na zranienie.
- o tym, że w książkach prościej o pozytywne zakończenie, a wiele filmów pozwala odsuwać realizm życia i poruszać się po jego krawędziach.
Ciemności przeżywa każdy z nas. Jedni większe, inni mniejsze. Niektórzy radzą sobie z nimi szybciej, inni wolniej. Pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach. Przynoszą w prezencie mieszaninę lęku i znaków zapytania.
Kiedyś ktoś mi powiedział, że największą ciemnością jest brak miłości.
Ciemność jest trudna. Zwłaszcza kiedy stoi się na rozdrożu i nie wie się gdzie ma się iść. Cokolwiek by się nie zrobiło – to wydaje się że i tak nie będzie dobrego zakończenia. Gdy zamiast zaufania budujemy mury samotności.
Perspektywa czasu uświadamia mi, że brew pozorom – ciemność może się okazać największą jasnością.
To w nich kształtują się charaktery, czuć moc wyborów, odwagę poszukiwania światła, szukania odpowiedzi, szukaniu źródeł nadziei, rodzeniu się na nowo i jeszcze na tylu innych – znanych tylko tym, którzy przeżywają swoje ciemności – rzeczach…
Subskrybuj:
Posty (Atom)