Wczorajszej nocy przyplątała mi się znów bezsenność.
Zaczęłam czytać książkę, która od dawna leżał na parapecie i czekała na moją uwagę.
Urok tej nocy polegał na tym, że w zwykłym tytule i zwykłej okładce książki wypełnionej literami układającymi się w wyrazy przeczytałam prostą historię o dorosłych, w których brzmią echa zranionych dzieci. O skomplikowanych relacjach, budowaniu nowych więzi, zbiegach okoliczności, ryzykowaniu i stawianiu na jedną kartę, uczeniu się ufności od nowa, wychodzeniu naprzeciw siebie, strachu, ucieczkach i Paryżu.
Kiedy już odłożyłam książkę myślało mi się w mojej głowie – nie po raz pierwszy – o nocach życia.
O tym co nas zatrzymuje w drodze, gdy nie widzimy światła.
- o brakach, które zamiast mobilizować nas do pozytywnej pracy pozwalają często budzić się zmorom zazdrości i zawiści,
- o wewnętrznych niemocach, które trzymają nas na linach i nie pozwalają wypuścić się w przestrzeń,
- o ludziach, którzy nie potrafią latać i nie pozwalają innym rozwinąć skrzydeł,
- o tym, że miłość może być ciemnością, kiedy balansuje po cienkiej granicy oczekiwań wobec innych,
- o tym, że łatwiej ranić niż wystawić serce na zranienie.
- o tym, że w książkach prościej o pozytywne zakończenie, a wiele filmów pozwala odsuwać realizm życia i poruszać się po jego krawędziach.
Ciemności przeżywa każdy z nas. Jedni większe, inni mniejsze. Niektórzy radzą sobie z nimi szybciej, inni wolniej. Pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach. Przynoszą w prezencie mieszaninę lęku i znaków zapytania.
Kiedyś ktoś mi powiedział, że największą ciemnością jest brak miłości.
Ciemność jest trudna. Zwłaszcza kiedy stoi się na rozdrożu i nie wie się gdzie ma się iść. Cokolwiek by się nie zrobiło – to wydaje się że i tak nie będzie dobrego zakończenia. Gdy zamiast zaufania budujemy mury samotności.
Perspektywa czasu uświadamia mi, że brew pozorom – ciemność może się okazać największą jasnością.
To w nich kształtują się charaktery, czuć moc wyborów, odwagę poszukiwania światła, szukania odpowiedzi, szukaniu źródeł nadziei, rodzeniu się na nowo i jeszcze na tylu innych – znanych tylko tym, którzy przeżywają swoje ciemności – rzeczach…
środa, 16 listopada 2011
sobota, 12 listopada 2011
Ziemska wieczność
Myślę dziś o wieczności. Ale nie o tej niebiańskiej.
O tej, która pozostaje tu i teraz.
O pamięci.
O tylu miejscach i ludziach, którzy je tworzyli.
O tym, że właśnie w ten przedziwny sposób żyjemy stale.
Każdego dnia tworzymy naszą historię, wpływamy na wydarzenia, zbieramy doświadczenia, rozdajemy myśli, czytamy cudze, sięgamy pamięcią do naszych zakamarków.
Najtrudniej nam widzieć ślady życia w prozie i codzienności: w wykonywanych obowiązkach, w trudzie pracy, w wychowaniu dzieci, codziennej miłości, uczciwości wobec ludzi.
Każdy nasz gest jest jak ślad zapisujący się w cudzej duszy.
Słowa są jak krople deszczu roszące duszę lub wodospad niszczący swoją siłą.
Nic nie zostaje samo dla siebie. Wszystko wpływa na siebie i ma znaczenie.
Wlaśnie dlatego żyjemy wiecznie.
Przez to, co otrzymujemy w spadku po przodkach i co sami generujemy dla przyszłości.
Nic nie rodzi się z niczego, dlatego wierzę, że każdy z nas "nie wszystek umrze".
To kim jesteśmy i co robimy – pozostaje.
To jacy jesteśmy i jak przeżywamy życie – zawsze przyniesie jakiś owoc.
Coś zaczynamy, coś innego kończymy, a wszystko w życiu przeplata się ze sobą.
Tak jak początki i końce różnych spraw.
Jak przemijające pory roku.
Jak nasza praca wykonywana każdego dnia.
Jak wartości, które przyjmujemy za swoje.
Jak ludzie mijający się na ulicach.
Jak załatwione i czekające w kolejce sprawy.
Jak drobiazgi, które choć niewidoczne, zapisują pamięć życia.
Jak mądrość odkrywana w szarości życia.
Jak godzenie się z małymi i dużymi stratami.
Jak szacunek oddawany prostocie i prozie życia.
Jak błędy, które paradoksalnie mogą prostować ścieżki zycia.
Jak trudne sprawy, które okazują się błogosławieństwem.
Jak niewidzialne dla oczu, które dostrzegają ludzie czystego serca.
Jak….
Kiedyś odejdę.
Być może nikt mnie nie będzie pamiętał.
Ale pozostaną moje ślady życia tu na ziemi jak ziarno sypane w glebę ziemi.
O tej, która pozostaje tu i teraz.
O pamięci.
O tylu miejscach i ludziach, którzy je tworzyli.
O tym, że właśnie w ten przedziwny sposób żyjemy stale.
Każdego dnia tworzymy naszą historię, wpływamy na wydarzenia, zbieramy doświadczenia, rozdajemy myśli, czytamy cudze, sięgamy pamięcią do naszych zakamarków.
Najtrudniej nam widzieć ślady życia w prozie i codzienności: w wykonywanych obowiązkach, w trudzie pracy, w wychowaniu dzieci, codziennej miłości, uczciwości wobec ludzi.
Każdy nasz gest jest jak ślad zapisujący się w cudzej duszy.
Słowa są jak krople deszczu roszące duszę lub wodospad niszczący swoją siłą.
Nic nie zostaje samo dla siebie. Wszystko wpływa na siebie i ma znaczenie.
Wlaśnie dlatego żyjemy wiecznie.
Przez to, co otrzymujemy w spadku po przodkach i co sami generujemy dla przyszłości.
Nic nie rodzi się z niczego, dlatego wierzę, że każdy z nas "nie wszystek umrze".
To kim jesteśmy i co robimy – pozostaje.
To jacy jesteśmy i jak przeżywamy życie – zawsze przyniesie jakiś owoc.
Coś zaczynamy, coś innego kończymy, a wszystko w życiu przeplata się ze sobą.
Tak jak początki i końce różnych spraw.
Jak przemijające pory roku.
Jak nasza praca wykonywana każdego dnia.
Jak wartości, które przyjmujemy za swoje.
Jak ludzie mijający się na ulicach.
Jak załatwione i czekające w kolejce sprawy.
Jak drobiazgi, które choć niewidoczne, zapisują pamięć życia.
Jak mądrość odkrywana w szarości życia.
Jak godzenie się z małymi i dużymi stratami.
Jak szacunek oddawany prostocie i prozie życia.
Jak błędy, które paradoksalnie mogą prostować ścieżki zycia.
Jak trudne sprawy, które okazują się błogosławieństwem.
Jak niewidzialne dla oczu, które dostrzegają ludzie czystego serca.
Jak….
Kiedyś odejdę.
Być może nikt mnie nie będzie pamiętał.
Ale pozostaną moje ślady życia tu na ziemi jak ziarno sypane w glebę ziemi.
piątek, 11 listopada 2011
Nasza Niepodległa
Przed jutrzejszym świętem.
PIEŚŃ KRONIKA
Ta ziemia taka czysta, jakby umieciona skrzydłem aniołów.
Cicha i równinna, tyle już wycierpiała, a zawsze dziecinna.
Ufa, że dobroć jest tylko dobrocią,
a prawo tak jest prawem, jak pola się złocą,
kiedy żyto dojrzewa, jak zimą śnieg pada.
Tu wierzą wciąż, że sąsiad szanuje sąsiada,
że chleb jest święty, jeszcze świętsza praca.
Ta ziemia wielkiej myśli, kiedy ją zdeptano
jak ogień tysiąc iskier – tysiąc wielkich ludzi rozrzuciła po świecie.
Kto pustynię budził, kto gasił żar równika
kto topił lodowiec, jeśli nie iskry jej – wielcy synowie w spół umarli z tęsknoty.
Teraz po powróceni w jedno wspólne ognisko
zbudują na ziemi więcej, niźli ktokolwiek – widzę to ja ślepy.
Ta ziemia taka czysta, jakby umieciona skrzydłem aniołów.
Cicha i równinna, tyle już wycierpiała, a zawsze dziecinna.
Ufa, że dobroć jest tylko dobrocią,
a prawo tak jest prawem, jak pola się złocą,
kiedy żyto dojrzewa, jak zimą śnieg pada.
W dalekich ziemiach za to umierali moi ojcowie.
Za gniazdo bociana, za chleb, za tę równinę, co niepokalana.
Za to powietrze ze wszystkich mądrości najzdrowsze,
za ludzi zgodnych, mądrych i cierpliwych,
za najwierniejszych z wiernych, uczciwych z uczciwych.
Za mą Ojczyznę – Polszczyznę, Mazowsze.
W dalekich ziemiach za to umierali.
Tu wierzą wciąż, że sąsiad szanuje sąsiada,
że chleb jest święty, jeszcze świętsza praca.
W dalekich ziemiach za to umierali moi ojcowie.
Za gniazdo bociana, za chleb, za tę równinę, co niepokalana.
Za to powietrze ze wszystkich mądrości najzdrowsze,
za ludzi zgodnych, mądrych i cierpliwych,
za najwierniejszych z wiernych, uczciwych z uczciwych.
Za mą Ojczyznę – Polszczyznę, Mazowsze.
W dalekich ziemiach za to umierali.
PIEŚŃ KRONIKA
Ta ziemia taka czysta, jakby umieciona skrzydłem aniołów.
Cicha i równinna, tyle już wycierpiała, a zawsze dziecinna.
Ufa, że dobroć jest tylko dobrocią,
a prawo tak jest prawem, jak pola się złocą,
kiedy żyto dojrzewa, jak zimą śnieg pada.
Tu wierzą wciąż, że sąsiad szanuje sąsiada,
że chleb jest święty, jeszcze świętsza praca.
Ta ziemia wielkiej myśli, kiedy ją zdeptano
jak ogień tysiąc iskier – tysiąc wielkich ludzi rozrzuciła po świecie.
Kto pustynię budził, kto gasił żar równika
kto topił lodowiec, jeśli nie iskry jej – wielcy synowie w spół umarli z tęsknoty.
Teraz po powróceni w jedno wspólne ognisko
zbudują na ziemi więcej, niźli ktokolwiek – widzę to ja ślepy.
Ta ziemia taka czysta, jakby umieciona skrzydłem aniołów.
Cicha i równinna, tyle już wycierpiała, a zawsze dziecinna.
Ufa, że dobroć jest tylko dobrocią,
a prawo tak jest prawem, jak pola się złocą,
kiedy żyto dojrzewa, jak zimą śnieg pada.
W dalekich ziemiach za to umierali moi ojcowie.
Za gniazdo bociana, za chleb, za tę równinę, co niepokalana.
Za to powietrze ze wszystkich mądrości najzdrowsze,
za ludzi zgodnych, mądrych i cierpliwych,
za najwierniejszych z wiernych, uczciwych z uczciwych.
Za mą Ojczyznę – Polszczyznę, Mazowsze.
W dalekich ziemiach za to umierali.
Tu wierzą wciąż, że sąsiad szanuje sąsiada,
że chleb jest święty, jeszcze świętsza praca.
W dalekich ziemiach za to umierali moi ojcowie.
Za gniazdo bociana, za chleb, za tę równinę, co niepokalana.
Za to powietrze ze wszystkich mądrości najzdrowsze,
za ludzi zgodnych, mądrych i cierpliwych,
za najwierniejszych z wiernych, uczciwych z uczciwych.
Za mą Ojczyznę – Polszczyznę, Mazowsze.
W dalekich ziemiach za to umierali.
sobota, 5 listopada 2011
Cokolwiek nie zrobię to i tak będzie… po czyjemuś
Przydarzyło
mi się coś ostatnio. W sumie głupia sprawa, ale jakoś tak mnie
dotknęła. Mimo iż nie było w mojej intencji uczynienia zła, różne osoby
zinterpretowały moje zachowanie po swojemu.
Trochę mnie to zabolało, bo wyszłam na kogoś kim nie jestem.
No i wpadła mi w ręce – oczywiście dzięki netowi – ta oto historyjka.
Dzielę się nią, bo jest w niej samo sedno sytuacji, w której się znalazłam.
Oto ona:
W spiekocie dnia pewien mężczyzna przemierzał wraz ze swoim synem ulice miasta
Keszan. Syn prowadził osła, na którym jechał ojciec.
„Biedny chłopiec"- powiedział jeden z przechodniów – „Ledwie może nadążyć.
To niebywałe, że możesz patrzeć, jak twoje dziecko tak się meczy."
Ojciec wziął sobie tę uwagę do serca. Za najbliższym rogiem zsiadł z osła i
posadził na nim chłopca. Wkrótce jednak inny przechodzień wykrzyknął:
„Co za wstyd! Brzdąc siedzi sobie wygodnie jak sułtan, a jego ojciec musi
dreptać obok."
Słowa te bardzo chłopca poruszyły, wiec poprosił ojca, aby usiadł za nim. Nie
ujechali jednak daleko, gdy zbeształa ich jakaś zawoalowana kobieta:
„Czy ktoś widział coś podobnego? Co za okrucieństwo wobec zwierząt! Ten nicpoń
i jego synalek myślą pewnie, ze siedzą sobie na latającym dywanie. Biedne
stworzenie ugina się prawie do ziemi i ledwie powłóczy nogami."
Obaj jeźdźcy bez słowa zeszli z osła i dalej szli pieszo. Po kilku chwilach
jakiś mężczyzna zaczął się z nich wyśmiewać:
„A to dopiero! Nie widziałem jeszcze takiej głupoty. Po co wam to zwierzę,
skoro wcale z niego nie korzystacie, zdzierając sobie nogi na tych zakurzonych
drogach?"
Ojciec podał osłu garść siana, po czym zwrócił się do syna:
„Niezależnie od tego, co byśmy uczynili, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie
miał coś przeciwko temu. Musimy więc sami decydować o tym, co jest dla nas
najlepsze."
Kiedy czytałam końcówkę roześmiałam się w głos.
Nabrałam dystansu do siebie, ludzi i całej tej sytuacji.
Czyż życie nie jest piękne? :-)
Ps. Zapomniałam dodać – nie da się dogodzić wszystkim.
Trochę mnie to zabolało, bo wyszłam na kogoś kim nie jestem.
No i wpadła mi w ręce – oczywiście dzięki netowi – ta oto historyjka.
Dzielę się nią, bo jest w niej samo sedno sytuacji, w której się znalazłam.
Oto ona:
W spiekocie dnia pewien mężczyzna przemierzał wraz ze swoim synem ulice miasta
Keszan. Syn prowadził osła, na którym jechał ojciec.
„Biedny chłopiec"- powiedział jeden z przechodniów – „Ledwie może nadążyć.
To niebywałe, że możesz patrzeć, jak twoje dziecko tak się meczy."
Ojciec wziął sobie tę uwagę do serca. Za najbliższym rogiem zsiadł z osła i
posadził na nim chłopca. Wkrótce jednak inny przechodzień wykrzyknął:
„Co za wstyd! Brzdąc siedzi sobie wygodnie jak sułtan, a jego ojciec musi
dreptać obok."
Słowa te bardzo chłopca poruszyły, wiec poprosił ojca, aby usiadł za nim. Nie
ujechali jednak daleko, gdy zbeształa ich jakaś zawoalowana kobieta:
„Czy ktoś widział coś podobnego? Co za okrucieństwo wobec zwierząt! Ten nicpoń
i jego synalek myślą pewnie, ze siedzą sobie na latającym dywanie. Biedne
stworzenie ugina się prawie do ziemi i ledwie powłóczy nogami."
Obaj jeźdźcy bez słowa zeszli z osła i dalej szli pieszo. Po kilku chwilach
jakiś mężczyzna zaczął się z nich wyśmiewać:
„A to dopiero! Nie widziałem jeszcze takiej głupoty. Po co wam to zwierzę,
skoro wcale z niego nie korzystacie, zdzierając sobie nogi na tych zakurzonych
drogach?"
Ojciec podał osłu garść siana, po czym zwrócił się do syna:
„Niezależnie od tego, co byśmy uczynili, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie
miał coś przeciwko temu. Musimy więc sami decydować o tym, co jest dla nas
najlepsze."
Kiedy czytałam końcówkę roześmiałam się w głos.
Nabrałam dystansu do siebie, ludzi i całej tej sytuacji.
Czyż życie nie jest piękne? :-)
Ps. Zapomniałam dodać – nie da się dogodzić wszystkim.
środa, 2 listopada 2011
Uchwycić nieuchwytne
Właśnie tak myślę o czasie.
Znów mi go zabrakło, co wydaje się dziwne, bo przecież ostatnio odpoczywałam.
Słońce, resztki jesieni, Kraków, empik i kilka książek, coffieheaven z zieloną herbatą, wanilią i innymi różnościami, Zakopane, długie spacery, kolorowe liście, film w kinie, góralska muzyka, którą lubię tylko w tamtym miejscu, szum rozmów w knajpkach, gwiazdy, bezchmurne niebo, poranny widok na Giewont i… mnóstwo myśli.
Chciałam od nich odpocząć, ale nie umiałam.
Myśli same się myślały szumiąc w mojej głowie i latając jak spadające liście.
Czemu tak trudno być "sędzią we własnej sprawie" i rozeznać kierunek decyzji? Chciałabym chodzić z mądrością w parze i patrzeć na rzeczywistość mniej subiektywnie – zwłaszcza wtedy, kiedy przeniknięta jest silnymi emocjami.
Odwiedzałam dziś moje rodzinne miasto, a właściwie cmentarz. Myślałam o moich dziadkach, którym zawdzięczam bardzo wiele. Stojąc gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią wsłuchiwałam się w błogosławieństwa i zastanawiałam się nad balansowaniem – wręcz chodzieniem po omacku – po krawędzi pychy i pokory, cichości i wrzasku, ubóstwa i pozornego bogactwa, wiecznej miłości i jej odrzucaniem.
Jak się odnaleźć w świecie
paradoksów – gdzie z jednej strony szybki sukces, kasa, siła, znajomości
i układy organizują nam kolejne etrapy kariery, a z drugiej strony
niepowodzenia i cierpienie stawiają nas do pionu nadając życiu właściwą
perspektywę?
Jak radzić sobie w sytuacji gdy całe życie służysz Bogu, a musisz uchodzić w góry niezrozumienia, szyderstwa, niepowodzenia, złośliwości, pozorów i kłamstwa. Z drugiej strony – cóż mi pozostanie, jeśli w życiu postawię na szybki sukces, kasę, siłę, znajomości i układy, a wszystko runie nagle, gdy w życiu przejdzie huragan?
To pytania, które łączy pewien graniczny punkt. Ten punkt prawie każdego roku uświadamiają mi Błogosławieństwa odczytywane uroczyście w kościołach czy na cmentarzach. Są dla mnie wciąż wyzwaniem rzucanym prosto w serce i wyzwalaja myślenie o tym w "kim" lub "czym" pokładać nadzieję. Jak myśleć o tym wszystkim, co otrzymujemy z dobrej ręki i łaskawości Boga? Dziś cieszę się sukcesem – jutro mogę upaść niżej niż można, dziś czerpię siłę z bogactwa na koncie – jutro mogę być największym nędzarzem.
Wszystko z ręki Boga…
Cisi, ubodzy, sprawiedliwi, miłosierni, czystego serca, wprowadzający pokój, smutni, cierpiący prześladowania tego świata wciąż mają mi wiele do powiedzenia. Stanowią swoisty wykrzyknik w chaosie i szumie świata. Uczą dystansu do tego co mam dziś i pokory w stosunku do tego co chciałoby się mieć.
Mogę, ale nie muszę. Nic na siłę.
Pozwalam odejść nie zatrzymując dla siebie.
Przygarniam odepchniętą strachem miłość.
Rozumiem, kiedy trudno rozumieć.
Milczę, kiedy chciałoby się wypuszczać niedobre słowa.
Powierzam to, czemu umiem i nie umiem sprostać.
Godzę się z tym czego nigdy nie będę mieć.
Myślę, że trzeba mieć w sobie wiele pokory, aby taki punkt graniczny przyjąć dla swojego życia. Żeby nie pozwolić zawładnąc sobą jakąkolwiek presją czy obsesją. Całe życie uczymy się pokory. Przezywamy sinusoidę życia raz wznosząc się raz upadając. Ale sinusoida ma też punkty styczne z linia prostą, która stawia nas do pionu i uczy nabierać odpowiedniedo dystansu zarówno do sukcesów i powodzenia jak i najtrudniejszych upadków.
Cmentarz. Pogrzebane życie, które ma swoją perspektywę.
Śmierć. Strach przed jedynym nieuniknionym, które potrzebuje zrozumienia i akceptacji.
Wracałam do domu z myślą o tym, żeby w końcu usiąść spokojnie i zachować resztę wolnych chwil przed jutrem.
Chciałabym, żeby jutro była sobota i żeby wtulić się w jej objęcia. Mam właśnie takie małe marzenie w świąteczny wtorek.
Znów mi go zabrakło, co wydaje się dziwne, bo przecież ostatnio odpoczywałam.
Słońce, resztki jesieni, Kraków, empik i kilka książek, coffieheaven z zieloną herbatą, wanilią i innymi różnościami, Zakopane, długie spacery, kolorowe liście, film w kinie, góralska muzyka, którą lubię tylko w tamtym miejscu, szum rozmów w knajpkach, gwiazdy, bezchmurne niebo, poranny widok na Giewont i… mnóstwo myśli.
Chciałam od nich odpocząć, ale nie umiałam.
Myśli same się myślały szumiąc w mojej głowie i latając jak spadające liście.
Czemu tak trudno być "sędzią we własnej sprawie" i rozeznać kierunek decyzji? Chciałabym chodzić z mądrością w parze i patrzeć na rzeczywistość mniej subiektywnie – zwłaszcza wtedy, kiedy przeniknięta jest silnymi emocjami.
Odwiedzałam dziś moje rodzinne miasto, a właściwie cmentarz. Myślałam o moich dziadkach, którym zawdzięczam bardzo wiele. Stojąc gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią wsłuchiwałam się w błogosławieństwa i zastanawiałam się nad balansowaniem – wręcz chodzieniem po omacku – po krawędzi pychy i pokory, cichości i wrzasku, ubóstwa i pozornego bogactwa, wiecznej miłości i jej odrzucaniem.
Jak się odnaleźć w świecie
paradoksów – gdzie z jednej strony szybki sukces, kasa, siła, znajomości
i układy organizują nam kolejne etrapy kariery, a z drugiej strony
niepowodzenia i cierpienie stawiają nas do pionu nadając życiu właściwą
perspektywę?
Jak radzić sobie w sytuacji gdy całe życie służysz Bogu, a musisz uchodzić w góry niezrozumienia, szyderstwa, niepowodzenia, złośliwości, pozorów i kłamstwa. Z drugiej strony – cóż mi pozostanie, jeśli w życiu postawię na szybki sukces, kasę, siłę, znajomości i układy, a wszystko runie nagle, gdy w życiu przejdzie huragan?
To pytania, które łączy pewien graniczny punkt. Ten punkt prawie każdego roku uświadamiają mi Błogosławieństwa odczytywane uroczyście w kościołach czy na cmentarzach. Są dla mnie wciąż wyzwaniem rzucanym prosto w serce i wyzwalaja myślenie o tym w "kim" lub "czym" pokładać nadzieję. Jak myśleć o tym wszystkim, co otrzymujemy z dobrej ręki i łaskawości Boga? Dziś cieszę się sukcesem – jutro mogę upaść niżej niż można, dziś czerpię siłę z bogactwa na koncie – jutro mogę być największym nędzarzem.
Wszystko z ręki Boga…
Cisi, ubodzy, sprawiedliwi, miłosierni, czystego serca, wprowadzający pokój, smutni, cierpiący prześladowania tego świata wciąż mają mi wiele do powiedzenia. Stanowią swoisty wykrzyknik w chaosie i szumie świata. Uczą dystansu do tego co mam dziś i pokory w stosunku do tego co chciałoby się mieć.
Mogę, ale nie muszę. Nic na siłę.
Pozwalam odejść nie zatrzymując dla siebie.
Przygarniam odepchniętą strachem miłość.
Rozumiem, kiedy trudno rozumieć.
Milczę, kiedy chciałoby się wypuszczać niedobre słowa.
Powierzam to, czemu umiem i nie umiem sprostać.
Godzę się z tym czego nigdy nie będę mieć.
Myślę, że trzeba mieć w sobie wiele pokory, aby taki punkt graniczny przyjąć dla swojego życia. Żeby nie pozwolić zawładnąc sobą jakąkolwiek presją czy obsesją. Całe życie uczymy się pokory. Przezywamy sinusoidę życia raz wznosząc się raz upadając. Ale sinusoida ma też punkty styczne z linia prostą, która stawia nas do pionu i uczy nabierać odpowiedniedo dystansu zarówno do sukcesów i powodzenia jak i najtrudniejszych upadków.
Cmentarz. Pogrzebane życie, które ma swoją perspektywę.
Śmierć. Strach przed jedynym nieuniknionym, które potrzebuje zrozumienia i akceptacji.
Wracałam do domu z myślą o tym, żeby w końcu usiąść spokojnie i zachować resztę wolnych chwil przed jutrem.
Chciałabym, żeby jutro była sobota i żeby wtulić się w jej objęcia. Mam właśnie takie małe marzenie w świąteczny wtorek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)